Wiele osób spędza lata, rysując w głowie portret wymarzonej drugiej połówki. Ma mieć konkretny wzrost, zawód, kolor oczu, poczucie humoru, a do tego lubić to samo jedzenie i nie znosić tych samych rzeczy. Znam to z autopsji – sam kiedyś miałem taką listę i sprawdzałem przy każdej nowej znajomości, ile punktów zdobywa. Po latach? Powiem szczerze: ta lista częściej blokowała mi szczęście, niż je przybliżała. Z rozmów z ludźmi, którzy w końcu znaleźli miłość (często zaskakująco), doszedłem do wniosku, że to nie standardy są problemem, tylko to, że za bardzo się ich trzymamy. W tym tekście nie będę Ci wmawiał, że masz rezygnować ze wszystkiego. Ale zapraszam Cię do refleksji: czy to, co uważasz za „niezbędne”, naprawdę jest aż tak ważne? I czy przypadkiem nie zamykasz sobie drzwi przed kimś, kto mógłby Cię zaskoczyć? Bo mnie się to zdarzyło nie raz.

Wyobraź sobie, że masz przed sobą formularz z dziesięcioma punktami. Kandydat lub kandydatka spełnia dziewięć. Brakuje tylko jednego – może wzrostu, może wykształcenia, może tego, że nie lubi psów. I co robisz? Dajesz szansę, czy skreślasz? Szczerze? Z własnego doświadczenia wiem, że wiele osób wybiera drugą opcję. Bo zakodowali sobie, że skoro poświęcili tyle czasu na stworzenie listy, to nie mogą iść na kompromis. Sam tak miałem. Tyle że prawdziwe relacje nie działają jak rekrutacja do pracy. Nikt nie przyniesie Ci dyplomu i referencji. A to, co naprawdę się liczy – chemia, rozmowa, wspólne wartości – często nie mieści się w żadnym punkcie. I to jest problem.
Zanim więc odrzucisz kogoś, bo nie pasuje do idealnego obrazka, daj sobie chwilę. Tylko chwilę. Może się okazać, że to właśnie ta „nieidealna” osoba sprawi, że poczujesz się lepiej niż nie raz przy kimś, kto miał wszystkie cechy z twojej listy. Brzmi znajomo? Sam się na tym złapałem.
Wiem, że w dzisiejszych czasach łatwo wpaść w pułapkę niekończącego się scrollowania profili. Sam w nią wpadałem. Przeglądanie setek ogłoszeń działa na naszą psychikę trochę jak hazard – ciągle myślimy, że za następnym zdjęciem kryje się ta jedyna, wymarzona osoba. A prawda jest taka, że anonse z całej Polski to tylko narzędzie, nie gwarancja sukcesu. Możesz przeglądać tysiące profili, ale jeśli będziesz odrzucać każdego, kto nie ma idealnie prostych zębów albo nie zarabia tyle, ile byś chciał, możesz przegapić kogoś, kto przy Tobie będzie czuł się jak w domu. A to, moim zdaniem, jest ważniejsze niż jakakolwiek cecha z listy. Nawet nie ma porównania.
Dlatego zachęcam do tego, żeby traktować portale randkowe jak wstęp do rozmowy, a nie jak katalog spełnionych marzeń. Poznaj kogoś, zadaj kilka pytań, umów się na spacer. Nawet jeśli nie będzie iskrzyć od razu, możesz być mile zaskoczony. Mnie się to zdarzyło – i to kilka razy.
Pozwól, że zadam Ci przewrotne pytanie: czy Ty sam/a jesteś idealny/a? Czy zawsze masz dobry humor, świetnie wyglądasz, nigdy się nie spóźniasz i masz uporządkowane wszystkie sprawy życiowe? Ja na pewno nie. Więc dlaczego oczekujemy perfekcji od kogoś innego? Uważam, że to jedna z największych pułapek nowoczesnego randkowania – wymagamy od innych tego, czego sami nie jesteśmy w stanie dać. I mówię to bez pretensji, sam w to wpadałem. A prawda jest taka, że w zdrowej relacji nie chodzi o brak wad, tylko o to, czy z wadami drugiej osoby potrafimy żyć i czy one nas nie drażnią ponad miarę.
Oczywiście, są rzeczy, które są nie do przeskoczenia – inne plany co do dzieci, zupełnie inne wartości, brak szacunku. Ale różnica w dwóch centymetrach wzrostu? Inne hobby? To naprawdę nie powinno decydować o tym, czy dajesz komuś szansę. Serio. To są detale.
Jeśli mieszkasz w stolicy i szukasz kogoś do wspólnych kaw i spacerów, erotyczne spotkania w Warszawie dają mnóstwo możliwości – ale tylko wtedy, gdy jesteś otwarty na to, że ktoś może nie grać w twojej ulubionej drużynie, a mimo to być fantastycznym towarzyszem. Przekonałem się o tym nie raz.
W swojej praktyce (i w życiu) widziałem nie raz, jak ludzie, którzy początkowo byli sceptyczni, po jednym spotkaniu zmieniali zdanie. Ona szukała wysokiego bruneta, a poznała niższego blondyna z poczuciem humoru. On chciał modelki, a zakochał się w dziewczynie, która woli dresy niż sukienki. I co? I są razem. Bo odkryli, że to, co na początku wydawało się minusem, w codziennym życiu w ogóle nie ma znaczenia. Wręcz przeciwnie – często te różnice okazują się atutem, bo uczą kompromisu, otwartości i patrzenia głębiej. Znam takie pary osobiście. I nie są to wyjątki.
Więc jeśli masz wątpliwości, czy umówić się z kimś, kto nie spełnia twoich wszystkich kryteriów, przypomnij sobie te historie. Może akurat ty będziesz następną osobą, która opowie, że warto było zaryzykować. Albo przynajmniej spróbować.
Nie chcę, żebyś odebrał ten tekst jako zachętę do rezygnowania ze wszystkiego. Bo nie o to chodzi. Są rzeczy, które są dla ciebie ważne i nie ma w tym nic złego. Wspólne cele, szacunek, podobne podejście do pieniędzy czy rodziny – to często fundamenty, na których buduje się trwały związek. Problem pojawia się wtedy, gdy na liście lądują rzeczy drugorzędne, którym nadajemy rangę kluczowych. I tu łatwo o pomyłkę.
Jak to sprawdzić? Proponuję małe ćwiczenie, sam je robiłem. Weź kartkę i podziel na dwie kolumny: „To jest dla mnie absolutnie kluczowe” i „To byłoby miłe, ale niekonieczne”. Zobaczysz, że wiele rzeczy wyląduje w drugiej kolumnie. I to właśnie z nimi warto się poluzować. Bo jeśli ktoś nie lubi sushi, a ty uwielbiasz – to nie koniec świata. Znajdziecie inną restaurację. Albo pójdziesz z kolegą. To naprawdę nie jest powód, żeby kogoś skreślać.
Gdybym miał podsumować to, czego nauczyłem się o poszukiwaniu miłości (a uczyłem się często na własnych błędach), powiedziałbym tak: nie czekaj na ideał, bo go nie ma. Nie dlatego, że ludzie są jacyś gorsi, tylko dlatego, że idealny partner to mit. Nakręcają go filmy, książki i media społecznościowe. Prawdziwy związek nie polega na tym, że ktoś jest idealny, tylko na tym, że akceptujecie swoje niedoskonałości i razem jest wam dobrze. Brzmi banalnie? Może. Ale to działa.
Więc zamiast czekać na kogoś, kto spełni sto warunków, wyjdź do ludzi, daj szansę komuś, kto na pierwszy rzut oka nie jest twoim typem. Może się okazać, że to właśnie ta osoba okaże się twoim „ideałem” – tylko w zupełnie inny sposób, niż sobie wyobrażałeś. I to jest, moim zdaniem, najpiękniejsze, co może się zdarzyć. I tyle. A jeśli się nie uda? Trudno, idziesz dalej. Ale przynajmniej nie będziesz miał wyrzutów, że sam sobie zamknąłeś drzwi.
Spodobał Ci się mój artykuł? Przeczytaj więcej na naszym blogu z poradami randkowymi. Jestem pewien, że dowiesz się z niego dużo ciekawych i mam nadzieję, pomocnych rzeczy :)